wtorek, 13 marca 2018

Rozdział 21

                 Patrzyłam na mijający krajobraz siedząc w samochodzie na miejscu pasażera a za kierownicą siedział tata, który skupił swoją uwagę na drodze. Nie jechał szybko ani też wolno. Prędkość miał dostosowaną do zasad i regulaminu ruchu drogowego obowiązującego w Miami. Gdyby każdy kierowca brał z niego przykład byłoby o wiele mniej wypadków drogowych. W drodze do miejsca zamieszkania brata Brandona rozmawiałam z ojcem na kilka tematów i oczywiście nie obyło się bez dyskusji o Stetlerze lecz nie za bardzo mogłam mu wyjawić prawdę bo wiedziałam, iż tak czy inaczej nie puściłby mnie na tą misję, która zresztą nie była moją pierwszą misją. Pracując w Havaii Five-0 wiele razy byłam wysyłana na misje w towarzystwie Steve'go do którego niegdyś żywiłam głębokie uczucia. Po kilkunastu minutach dotarliśmy na miejsce. Wysiadając z samochodu spojrzałam na dom, w którym mieszkał przyrodni brat Brandona. Nie była to willa, ale nie był to też zaniedbany dom lecz można było dostrzec, iż kilku czynności pielęgnacyjnych brakowało. 
- Myślisz, że Ripp będzie coś ukrywał? Jeśli oczywiście wie, że organizatorki wystawy obrazów jego brata zostały zamordowane?- zapytałam.
- Zaraz się dowiemy.- odpowiedział tata.
                        Podeszliśmy do drzwi w które zapukał tata i chwilę odczekaliśmy zanim zostały one otwarte przez kobietę, która ubrana była w aksamitny szlafrok.
- Porucznik Horatio Caine, śledcza Karen Caine czy zastaliśmy Ripp'a?- zapytał tata nie ściągając swych okularów. 
- Ripp! Policja do Ciebie!- ledwo kobieta wypowiedziała te słowa a my usłyszeliśmy ten znany dźwięk.
                      Mężczyzna zaczął uciekać. Od razu ruszyliśmy za nim w pościg. Musiałam przyznać był szybszy ode mnie. Przez krótkofalówkę informowałam ojca o tym dokąd biegnie Ripp. Tata jechał samochodem uliczkami by tylko zagrodzić mu drogę. Nie pomagały nawet moje krzyki by się zatrzymał, wciąż uciekał. Jednak musiał mieć coś na sumieniu. Został dopiero zatrzymany w momencie gdy wpadł na maskę Hummera, którym jechał tata. Od razu wyjęłam kajdanki i kolanem przycisnęłam mężczyznę do ziemi by już nie próbował uciec.
- Nic złego nie zrobiłem.- powiedział.
- To się okaże.- powiedziałam.- Wstawaj.- dodałam.
                         Pomogłam mu wstać i oparłam o samochód obracając go przodem do mnie i taty. 
- Twierdzisz, że nic nie zrobiłeś więc dlaczego uciekałeś?- zapytał tata.
- Myślałem, że przyszliście mnie zabić, iż udajecie tylko policjantów.- odpowiedział.
- Zabić?- zapytałam będąc zaskoczona i wyjęłam odznakę, którą pokazałam mężczyźnie.- Jesteśmy z policji i chcemy z Tobą porozmawiać o kilku morderstwach, może Brandon Ci o nich opowiadał, o kobietach, które organizowały wystawę jego obrazów.- dodałam.
- Tak, mówił, ale ja nie mam z tym nic wspólnego. Owszem poszarpałem się z Amandą, ale jej nie zabiłem.- odpowiedział.
- A więc jednak znałeś jedną ofiarę.- stwierdził tata.
- Tak, sam nawet zaproponowałem Brandonowi bo potrzebowała pieniędzy.- odpowiedział.
                         Zabraliśmy go do MDPD by tam dokładniej przesłuchać i potwierdzić alibi, które nam dał. Prócz jego naskórka nie mieliśmy nic konkretnego więc póki co był głównym podejrzanym. Udałam się do swojego gabinetu zastanawiając się nad tą całą sytuacją. Opuściłam gabinet i skierowałam się w stronę ojca, który przechodził korytarzem.
- I jak alibi Rippa?- zapytałam.
- Frank sprawdza, ale mam przeczucie, że jest prawdziwe.- odpowiedział tata.
- Może już czas na pracę pod przykrywką?- zaproponowałam.
- Co masz na myśli?- zapytał tata.
                       Zaproponowałam spotkanie zespołu w pokoju przesłuchań gdzie tam wyjaśniłam szczegóły mego pomysłu.
****
                    Stałam przed lustrem przyglądając się swemu odbiciu. Brandon zgodził się zorganizować bankiet dla swych wielbicieli gdzie będą mogli zobaczyć wystawę obrazów, których jeszcze nie było na żadnych innych jego wystawach. Musiałam przyznać, iż sukienka w kolorze czerwieni idealnie przylegała do mego ciała uwydatniając moje kobiece kształty. Uroku dodawały falowane włosy i delikatnie wyrazisty makijaż. Gdy byłam gotowa wzięłam do ręki białą torebkę kopertówkę, która idealnie pasowała nie tylko do sukienki, ale do gladiatorków na wysokim obcasie. 
- Karen, Ryan już czeka na Ciebie!- usłyszałam głos mego brata dobiegający zza drzwi mego pokoju.
                                 Tata ustalił, iż wraz z Wolfe'm będziemy odgrywać rolę narzeczeństwa będącego gościem specjalnym bankietu zorganizowanego przez Brandona. Opuściłam swój pokój. Schodząc po schodach dostrzegłam sylwetkę Ryan'a, który wpatrywał się we mnie jak w obrazek. Widać zrobiłam na nim wielkie wrażenie. Nie znał mnie jeszcze od tej strony.
- Wyglądasz pięknie.- pochwalił z delikatnym uśmiechem.
- Dziękuję, ty również wyglądasz świetnie. Krawat i garnitur idealnie dobrany.- dodałam z uśmiechem.
                             Czułam jak rumieniec pojawia się na mym policzku. Mężczyzna nadstawił mi swoją dłoń i wraz z nim opuściłam dom przed którym stała limuzyna do której wsiedliśmy. Ryan od razu wręczył mi słuchawkę, którą wsadziłam do ucha.
- Dave, słyszysz nas?- zapytałam.
- Głośno i wyraźnie.- odpowiedział.
- To dobrze, komunikatory sprawują się bezbłędnie.- dodał Wolfe.- Gdybym od tej strony Cię znał to chętnie zabierałbym Cię na takie bale jeśli miałabyś oczywiście chęć.- powiedział w moją stronę.
- Jeszcze wszystkiego o mnie nie wiesz, Ryan'ie.- odpowiedziałam z uśmiechem.- Póki co skupmy się na naszej pracy i zapewnieniu bezpieczeństwa Brandonowi.- dodałam.
                                  Mężczyzna uśmiechnął się do mnie a ja poczułam te dziwne motylki w brzuchu. Wiedziałam, iż za chwilę "obleję się" rumieńcem dlatego odwróciłam głowę w bok by nic nie dać po sobie poznać. Po kilkunastu minutach dotarliśmy na miejsce. Bankiet odbywał się w willi Brandona. Ryan wysiadł i obszedł samochód by po chwili otworzyć drzwi z mojej strony i podać swoją dłoń, którą ujęłam. Po moim ciele przeszła fala przyjemnych dreszczy. Wolfe zamknął drzwi i nadstawił swój łokieć o który się oparłam. Ochroniarzami był Tripp jak i Walter. 
- Witamy na przyjęciu, państwo Simmons.- powitali nas.
- Zapraszamy do środka gdzie pan Brandon już na Was czeka.- dodał Walter.
                               Kiwnęłam głową w odpowiedzi i wraz z Ryan'em weszliśmy do środka gdzie było pełno ludzi. Natalia pełniła rolę kelnerki wraz z Calleigh a Eric jak i mój tata udawali menedżerów. 
- Podejrzani mogą być wśród gości więc oczy szeroko otwarte zwłaszcza podczas przemówienia Brandona.- powiedział tata.
                                Mruknęłam w odpowiedzi i ruszyliśmy korytarzem gdzie na ścianach wisiały obrazy Brandona.
- Sztuka, jak ja jej nie rozumiem.- powiedział Wolfe.
- Nie każdy musi ją rozumieć ale chcąc kupić taki obraz musisz wiedzieć co jego przesłanie ze sobą niesie.- odpowiedziałam.
- Ty również masz obrazy w domu, ale nie w tym stylu co maluje Brandon.- dodał Wolfe.
- Obrazy, które mama kupiła wraz z tatą. Ona najlepiej rozumowała przesłanie namalowanego obrazu, tata zresztą też.- odpowiedziałam.
- Mam nadzieję, że morderca pojawi się na wystawie Brandona.- powiedział Wolfe.
- Ja również.- odpowiedziałam.
- Drodzy goście!- usłyszeliśmy donośny głos Brandona, który zajął miejsce tak by wszyscy mogli go ujrzeć.- Czy mogę prosić Was o krótką uwagę? Chciałbym coś wygłosić.- dodał.
                                     Zebrani goście zwrócili swoje spojrzenie na artystę, który wbił wzrok w nas i dodatkowo kiwnął głową.
- Dziękuję.- powiedział Brandon po czym wziął głęboki wdech.- Cieszę się ogromnie, że tak licznie Was przybyło. To co tworzę poprzez malowanie wyrażam nie tylko swoją osobowość, ale i uczucia, które są związane z każdym mym obrazem. Każdy z nich jest inny od drugiego, każdy ma moje emocje, ale całkiem niedawno bo dziś w nocy jak to bywa z artystą natchnęła mnie wena i stworzyłem dzieło inspirowany wyjątkowym uczuciem, które nie każdy z nas doświadcza.- dodał jednocześnie patrząc na swych gości.
                                      Za nim na ścianie wisiał obraz, który był przysłonięty nakryciem więc nikt tak naprawdę nie wiedział co Brandon na nim uwiecznił. Byłam bardzo ciekawa jego dzieła. Mężczyzna utkwił swój wzrok w moją i Ryan'a osobę.
- Miłość. Piękne uczucie jeśli jest odwzajemnione przez drugą osobę. Budzi pasję, pożądanie i namiętność a także rodzi zaufanie oraz poleganie na drugiej osobie. Przez długi czas obserwowałem to uczucie między dwiema bardzo zakochanymi osobami, które są tu z nami. Karen jak i Ryan.- powiedział Brandon dłonią wskazując na nas.
                                          Już po chwili czułam dłoń Wolfe'a na swej talii. Mężczyzna przyciągnął mnie bliżej do siebie w momencie gdy goście zwrócili na nas swoje spojrzenie. Poczułam jak moje ciało przeszywa fala ciepła a w brzuchu pojawiło się uczucie motylków pod wpływem dotyku Ryan'a.
- Karen jest moją wieloletnią znajomą, której serce skradł przyjaciel mego kuzyna. Ryan rozkochał ją w sobie choć z początku bardzo się kłócili i dogryzali wzajemnie jednak jak to się mówi kto się czubi ten się lubi.- powiedział Brandon.- To dzięki ich pięknemu uczuciu natchnęła mnie wena do namalowania dzieła i właśnie dziś oznajmiam Wam, że ten obraz dostaną w prezencie ślubnym ode mnie... Tak, ta dwójka zakochanych w przyszły weekend się pobiorą dlatego chciałbym Wam życzyć wszystkiego dobrego na nowej drodze życia, szczęścia i radości a także zdrowia oraz dużo miłości. Zdrowie!- dodał podnosząc kieliszek szampana do góry.
                                               Upiłam łyk szampana po czym spojrzałam na Ryan'a a on na mnie i w pewnej chwili kompletnie nie spodziewając się tego Wolfe złożył na mych ustach delikatny pocałunek. W tym momencie mój świat zawirował a ciało oszalało. Fala ciepła jak i dreszczy przeszyła moje ciało a w brzuchu znów pojawiło się uczucie motylków i w dodatku czułam jak nogi robią mi się z waty na których mogłam ledwo ustać gdyby nie silne ręce Ryan'a. Nie potrafiłam opisać smak jego ust. Pragnęłam by ta chwila trwała dłużej jednak Ryan oderwał się ode mnie delikatnie i z uśmiechem spojrzał mi w oczy a następnie puścił mi perskie oczko. Goście przez chwilę bili brawa by potem spojrzeć na Brandona.
- To właśnie dzięki takim ludziom świat jest piękniejszy i mam nadzieję oraz życzę tego nie tylko Wam, ale i również sobie by spotkało nas takie szczęście oraz byśmy zostali obdarowani tak pięknym uczuciem jakim jest obdarowana Karen oraz Ryan.- powiedział Brandon.
                                               Mężczyzna podszedł do obrazu i gdy już miał go odsłonić usłyszeliśmy strzał, który spowodował panikę. Goście w popłochu zaczęli uciekać. Podbiegłam do Brandona, który leżał na ziemi z raną postrzałową w brzuch.
- Wezwijcie karetkę!- powiedziałam głośno do komunikatora, który miałam w uchu.
                                                Ryan jak i reszta mieli wyciągniętą broń. Kątem oka przez okno coś mi błysło więc zwróciłam swoje spojrzenie w prawą stronę.
- Strzelca mamy na dachu budynku z naprzeciwka. Dorwijcie go zanim ucieknie a ja zostanę z Brandonem dopóki nie przyjedzie karetka.- powiedziałam.
- Wolfe, zostań z Karen.- odezwał się ojciec.
                                                Wolfe podszedł do mnie i pomógł mi uciskać ranę Brandona.
- Wyjdziesz z tego, Brandon. Nie pozwolimy Ci umrzeć.- powiedziałam.
- Wiem ile ryzykowałem, ale potrzebowaliście mojej pomocy. Miło jest pomagać innym.- powiedział Brandon.
- Nie mów za wiele, oszczędzaj siły do przyjazdu karetki.- powiedział Wolfe, który po chwili spojrzał na mnie a ja kiwnęłam jedynie głową.
                                               Długo nie czekaliśmy na przyjazd karetki wraz z sanitariuszami, którzy od razu zabrali się ratowania artysty. Przenieśli go na nosze, którą umieścili na wózku na kółkach i z nim udali się do ambulansu, którym odjechali w stronę szpitala. Spojrzałam na zakrwawione dłonie, które postanowiłam umyć. Wraz z Ryan'em podeszliśmy do samochodu z naczepą, w której znajdował się Dave, on zawsze miał przy sobie butelki z wodą. Dzięki jednej umyłam dłonie, Ryan zrobił to samo.
- Wyjdzie z tego.- powiedział Wolfe.
- Mam taką nadzieję, zareagowaliśmy w porę.- odpowiedziałam.- Ważne byśmy złapali sprawcę.- dodałam.
- I go mamy. Nie zgadniecie kto nim jest.- usłyszeliśmy głos Delko w słuchawce.
- Kto to jest?- zapytał Wolfe.
- Brat Brandona. Reszty dowiecie się jak przyjedziecie do MDPD.- odpowiedział Delko.
                                               Dave zaproponował nam, iż zabierze nas do MDPD gdzie tam mieliśmy poznać więcej szczegółów. Jak się okazało Ripp wcale nie był rodzonym bratem Brandona a jego przyrodnim pokrzywdzonym przez los. Z zazdrości zabił kobiety, które były organizatorkami wystawy Brandona. Zazdrość ma naprawdę wiele odsłon i prowadzi do różnorakich działań. Korzystając z okazji udałam się do gabinetu Stetlera. Mężczyzna czekał już na mnie.
- Panno Caine.- zaczął.
- Kiedy mogę wyruszać na misję?- zapytałam wprost.
                                            Przełożony spojrzał na mnie a po chwili delikatnie się uśmiechnął i wręczył teczkę z przygotowanymi wcześniej dokumentami. W nocy miałam opuścić Miami i udać się do Afganistanu by rozpocząć misję od której wszystko zależało. Kiwnęłam głową w stronę Stetlera, który w kilkanaście minut objaśnił szczegóły misji. Po rozmowie z nim udałam się do szatni gdzie do torebki spakowałam białą teczkę. Nikt nie mógł wiedzieć. Musiałam na jakiś czas zniknąć. Wychodząc z budynku natknęłam się na Wolfe'a.
- Nie ukrywam nawet akcja pod przykryciem mi się spodobała zwłaszcza z Tobą w duecie.- powiedział puszczając perskie oczko w moją stronę.- Mam nadzieję, że więcej takich akcji będziemy mieli.- dodał.
- Ja również, czasami lepiej odstawić na bok standardową metodę.- odpowiedziałam z uśmiechem.- A co z Brandonem? Jakieś wieści?- zapytałam.
- Wyjdzie z tego, facet jest silny a rana nie była na tyle poważna.- odpowiedział Wolfe.- Nie zatrzymuję Cię dłużej.- powiedział głową kiwając w stronę hammera gdzie za kierownicą znajdował się już mój tata.- Do jutra, Karen.- dodał z zadziornym uśmiechem.
- Do jutra, Ryan.- odpowiedziałam.
                                                  Czułam, że zaraz obleję się rumieńcem dlatego udałam się w stronę samochodu i zajęłam miejsce pasażera. Tata uśmiechnął się do mnie ciepło a po chwili wycofał samochodem do tyłu i ruszył w stronę naszego domu. Czas przeznaczyliśmy na rozmowie i udanej akcji pod przykryciem. Na miejscu byliśmy już po kilkunastu minutach. Od razu udałam się do swojego pokoju. Pragnęłam w tej chwili wziąć gorący prysznic co też tak uczyniłam. Po pół godzinie wróciłam do sypialni i spakowałam się na misję. Gdy skończyłam opadłam na łóżko a następnie wlepiłam wzrok w biały sufit. Na swych ustach wciąż czułam smak ust Ryan'a o których nie potrafiłam zapomnieć i utkwiły w mej głowie. Na samą myśl ponownie tego dnia przeszyła mnie fala dreszczy a w brzuchu poczułam motylki. Nie spodziewałam się, że szybko znów stracę głowę dla mężczyzny z powodu pocałunku, który przecież nie był zobowiązujący. W tym momencie pragnęłam znaleźć się w silnych ramionach Wolfe'a, w których czułam się taka bezpieczna. Westchnęłam rozmarzona i na chwilę przymknęłam powieki.